Krawiec damski Benis Litman, najdowcipniejszy spośród rzemieślników stanisławowskich, zwykł był powtarzać: "Nie suknia zdobi człowieka!". Toteż partaczył jak się dało. Pewnego razu niezadowolona klientka zaskarżyła go do sądu o zwrot pieniędzy za materiał. Sędzia przesłuchuje pozwanego: - Nazwisko? - Litman. - Imię? - Proszę wysokiego sądu! U nas, Żydów, imię to sprawa bardzo skomplikowana. - Dlaczego skomplikowana? - Proszę tylko posłuchać! Ja się nazywam po żydowsku Bajnisz, to znaczy po polsku Benis. W chederze nazywali mnie Berel-cap, w synagodze - reb Ber. Na szyldzie warsztatu nazywam się Bernard, a moja żona nazywa mnie idiotą.
Żona i weksel zawsze wracają.
Kramarz Jechiel leży w agonii i pyta ledwo słyszalnym głosem: - Małko, moja żono, jesteś przy mnie? - Jestem, mężu. - Dwojro, moja córko, jesteś przy mnie? - Jestem ojcze. - Jojlik, mój synu, jesteś przy mnie? - Jestem, ojcze. - Binem, mój synu, jesteś przy mnie? - Jestem, ojcze. - Chajka, moja córko, jesteś przy mnie? - Jestem, ojcze. Konający zrywa się i wykrzykuje ostatkiem sił: - A kto siedzi w sklepie?!!!
Nie módl się, żeby się skończyły twoje kłopoty, bo wraz z nimi kończy się życie.
Żyd siedzi w restauracji i z apetytem zajada kotlet schabowy. Pobożny współwyznawca idąc ulicą dostrzega to przez okno, wchodzi i pyta surowo: - Czy wiesz, ile ten grzech będzie ciebie kosztować? - Wiem - odpowiada grzesznik - Koronę i czterdzieści halerzy.
Skłonny do medytacji kupiec Izrael Blau przybył do ważnego ośrodka handlowego na kresach Galicji wschodniej i pyta spotkanego na ulicy Żyda: - Jednego nie rozumiem. Dlaczego wasze miasto nazywa się Brody? - Nie rozumiecie, a to takie proste! Tu przecież mieszka rabin brodzki!
Dwaj uczniowie jeszybotu zastanawiają się nad teorią Einsteina. - Jednego nie mogę w żaden sposób zrozumieć - przyznaje się Dawid - W jaki sposób dwie równe rzeczy mogą być jednocześnie różne? - Ja ci to zaraz wytłumaczę - odzywa się Josel - Gdyby ci gorąca dziewczyna w cienkiej koszuli usiadła na kolanach, to każda godzina wydawałaby ci się chwilą. Gdybyś jednak ty sam w cienkiej koszuli usiadł na gorącej płycie kuchennej, to każda chwila wydawałaby ci się godziną. Jasne, prawda?
Gdy skarb monarchii austro-węgierskiej miał kłopoty natury pieniężnej, a nie wolno mu było drukować nowych banknotów, zwykł zwracać się o krótkoterminową pożyczkę do instytucji finansowych, a nawet do prywatnych bankierów. Należał do nich Kantor Wymiany i Dom Składowy, którego właścicielem był multimilioner Dessauer. Aliści Dessauer miał synalka Moryca, który nie poszedł w ślady przedsiębiorczego ojca. Wprost przeciwnie: przystał do nihilistów i za udział w jakiejś nielegalnej, a wielce hałaśliwej demonstracji został skazany na sześć tygodni aresztu. Po pewnym czasie Ministerstwo Finansów zwróciło się do Dessauera o krótkoterminową pożyczkę, ale multimilioner odmówił. - Jak to? - pyta go telefonicznie sam minister - Stracił pan zaufanie do monarchii Habsburgów? - Ekscelencjo! - odpowiada bankier - Jak można mieć zaufanie do państwa, które obawia się mojego Morycka?
Ojciec przynosi do domu nowy wełniany materiał i zwraca się do syna: - Spójrz, jaki dobry materiał kupiłem sobie na garnitur. Syn ogląda go uważnie, lecz tylko z lewej strony. - Dlaczego odwróciłeś materiał? - Bo chciałem zobaczyć, co będę nosił po przenicowaniu.
Nowy Jork. Icek zadaje ojcu pytanie: - Tate, co to znaczy "prosperity", a co znaczy "kryzys"? - Jak by ci to, synku, wytłumaczyć? - zastanawia się rodzic i mówi po chwili: - Prosperity to szampan, elegancka limuzyna i piękne kobiety, a kryzys to lemoniada, metro i... twoja matka.